Stara Robota. Dziesięć grajcarów za funt srebrnicy

Widok na Dolinę Starorobociańską w Tatrach Zachodnich

Na mapie Tatr Zachodnich jedna nazwa brzmi bardziej jak zapis pozostawiony po zakończeniu pracy niż jak określenie doliny: Stara Robota. Nie zachowała nazwiska właściciela kopalni ani rodzaju kruszcu. Nie mówi, kiedy wbito w skałę pierwsze żelazko i kto ostatni opuścił wyrobisko. Zostawia tylko dwa słowa — jedno zachowuje pamięć o robocie, drugie odsuwa ją w czas tak odległy, że dla kolejnych mieszkańców sama należała już do przeszłości.

Kiedy wchodzę w Dolinę Starorobociańską, nazwa mówi więcej niż to, co widzę. Stok odzyskał naturalny kształt, roślinność przykryła naruszoną ziemię, a miejsca dawnych robót nie układają się już w czytelny zakład. Trzeba wrócić do źródeł, aby zobaczyć ludzi sprowadzających stąd kamień, z którego dopiero w Kościeliskach miało wyjść srebro.

W 1784 roku ludzie z Witowa, Dzianisza i Chochołowa sprowadzali ze Starej Roboty do Kościelisk srebrnicę i iskrzyk przeznaczone do przetopienia. W zapisie pojawia się stawka dziesięciu grajcarów za funt.

Skarb nie czekał gotowy pod kamieniem. Najpierw sam wyglądał jak kamień.

Dziesięć grajcarów

Informację o próbie podjętej w 1784 roku przekazał Stanisław Eljasz-Radzikowski. Pod koniec XIX wieku wydał, przetłumaczył i opatrzył objaśnieniami starszy rękopis Franciszka Kleina, dawnego zarządcy zakładów w Kościeliskach.

Klein opisywał próbę przywrócenia zarzuconych kopalń. Kierowali nią urzędnicy górniczy i hutniczy z Witowa, a ludzie z trzech podhalańskich gmin sprowadzali ze Starej Roboty urobek nazywany srebrnicą i iskrzykiem.

Tekst nie mówi, w czym przewożono urobek. Nie pozwala włożyć rudy do worka, zarzucić jej człowiekowi na plecy ani posadzić obok jucznego konia. Zostawia jedynie początek i koniec drogi: skałę w Starej Robocie oraz Kościeliska, gdzie srebrnica i iskrzyk miały trafić do ognia.

Pomiędzy nimi znajdował się ciężar rozliczany według funta.